Jak tu nie zwariowac, czyli zwyczajne zycie w Polsce

granica-polska-slupekMieszkając w Kanadzie zaledwie cztery lata, musiałam wrócić do Polski. Tyle, że ja bardzo ucieszyłam się z takiego obrotu sprawy. Tęskniłam za Polską, gdzie mieszka moja rodzina, gdzie jest pięknie nad morzem i w górach, Polską, która dynamicznie przecież rozwija się od kilku lat i z roku na rok jest lepiej (tylko nigdy niewiadomo komu). Żyjąc w Kanadzie zawsze gloryfikowałam wszystko co Polskie i co z Polski.Teraz wróciłam do kraju.

Poszukiwania pracy

Wróciłam do ojczyzny na czas bliżej nieokreślony postanowiłam więc poszukać pracy. Skoro są takie miejsca jak „Powiatowy Urząd Pracy” o którym ostatnio wszyscy wypowiadają się bardzo ciepło (to właśnie tam można złożyć wnioski i otrzymać dofinansowanie z Unii Europejskiej), warto byłoby spróbować zarejestrować się jako osoba bezrobotna i przejrzeć dostępne oferty pracy. Urząd Pracy to idalne miejsce, aby zasięgnąć porad przy pisaniu CV, no i na pewno posiadają tam jakąś listę ważnych stron internetowych. Przecież wpisanie słowa „praca” w Google to jedno, a wiedza ludzi na codzień stykających się z szukającymi pracy, to drugie. Ponadto „zakwalifikowanie się” do grona osób poszukujących pracy, związane jest z automatycznym przyznaniem świadczeń lekarskich.

Rejestracja w urzędzie przebiegła dość szybko i sprawnie, po czym odbyło się spotkanie dla mojej grupy bezrobotnych. Choć pani prowadząca generalnie była miła, dało odczuć się skrępowanie i zwykły wstyd na twarzach ludzi tam siedzących. Pomyślalam sobie, że to przecież bardzo dobrze, że tam jesteśmy, że jest to przecież krok do przodu w poszukiwaniu pracy i na pewno jesteśmy lepsi od osób, które siedzą w domu i tylko narzekaja, że nie ma pracy. Jednak nie wszyscy tam obecni podzielali mój pogląd; sądząc po ciągłym zerkaniu na zegarki i braku pytań na końcu spotkania doszłam do wniosku, że dla większości ewidentnie wiało tam nudą. Pani, po której sposobie prowadzenia spotkania, dało odczuć się, że zjadła na tym zęby, pogadała piętnaście minut, przedstawiła pięknie przygotowaną prezentację w „power poincie”,rozdała ulotki, podziękowala i zaprosiła ponownie za dwa miesiące; chyba, że ktoś w tym czasie znajdzie pracę, ale tej wersji szerzej nie omowiła…

Konto w banku.

Wybrałam sobie bank i rodzaj konta, jakie zapragnęłam założyć. Naprawdę nie rozumiem, dlaczego mówi się, że Polska jest do tyłu, że minie jeszcze sporo czasu zanim w wielu kwestiach dogonimy Zachód. Patrząc po ilości różnych banków na choćby jednej polskiej ulicy dochodzę do wniosku, że nas już nawet poniosło z tym „doganianiem” i dawno żeśmy ten Zachód przegonili! Jednym słowem prawdziwe bankowe eldorado. Omówiłam z panią wszelkie szczegóły, podpisałam co trzeba, pani wniosek przyjęła i z uśmiechem na twarzy poinformowala mnie, że resztę załatwimy przez telefon. Proszę bardzo, w Polsce też można załatwiać sprawy przez telefon. Po dwóch tygodniach zaczęłam zastanawiać się czy pani dzwoniła, a ja nie odebrałam, czy też tak długo to trwa. Będąc dość zajętą rodziną, znajomymi, początkami w swoim kraju, nie zauważyłam, kiedy minął już miesiąc od czasu złożenia wniosku o konto. Udałam się do banku. Akurat przy okienku była ta sami pani, przywitała mnie serdecznie z tym samym uśmiechem i ot, przypomniało jej się, że składałam wniosek o konto, tak, tak, rzeczywiście, o! tutaj go położyła, proszę! Wskazala nawet na miejsce położenia dokumentów, szeroko się przy tym uśmiechając, po czym oznajmiła, że wniosek sobie tak tutaj leżał, bo pani myślala, że to nie jest aż takie pilne… Jak by się tak bardziej nad tym zastanowić, to rzeczywiście, tyle lat ludzie kont nie posiadali i żyli! Ostatecznie wszystko dobrze się dla mnie skończyło i byłam posiadaczką polskiego konta.

Wizyta w urzędzie vs. roboty drogowe

Tymczasem zbliżala się kolejna wizyta w „PUP-ie” (Powiatowym Urzędzie Pracy). Na miejsce dotarłam z lekkim opóźnieniem, ponieważ zaskoczyla mnie przebudowa miasta. (Niczym zima, która wg polskich dziennikarzy co roku zaskakuje polskich kierowców). Ale zaskoczyła mnie nie dosłownie sama przebudowa, co jej oznaczenie, a właściwie jego brak… Było to rondo, dwa pasy w lewo i dwie sygnalizacje świetlne, oczywiście niedziałające, no bo przecież roboty drogowe. Na środku pasa stoi pan i wymachuje rękoma w stronę innego pana, stojącego z łopatą na uboczu. Ustaliłam, że oboje są pracownikami Wydziału Komunikacji, Transportu i Dróg, choć na pierwszy rzut oka ciężko było powiedzieć skąd są i co tam robią, gdyby nie atrybut w postaci łopaty. Ruch zdecydowanie był zwolniony, a kierowca pojazdu po mojej prawej stronie uparcie pachał się autem na mój pas. Nauczona kanadyjskiej grzeczności wpuściłam tego pana, potem następnego a potem następnego i tak zeszło, bo wszyscy się uparcie pchali. Pan pracownik (ten bez łopaty) dalej stał na prawym pasie i nawet nie spojrzał jaki cyrk ma za swoimi plecami. Okazało się, że na ten pas wylewali świerzy asfalt, co dalo odczuć się dzięki precepcji węchowej, niestey nie wzrokowej ponieważ roboty w ogóle były nieoznakowane. No przecież na pasie stał pan…

Do urzędu zatem spóźniłam się parę minut, ale naszczęście wszyscy jeszcze czekali. Wszyscy nie wszyscy, ja tam tych ludzi nie kojarzyłam z poprzedniej wizyty, ale skoro wtedy była grupa to pewnie teraz też. Na karteczce informacyjnej wielkości połowy wizytówki od tamtej miłej pani była tylko data i godzina następnej wizyty. Zostaliśmy zaproszeni do sali. Spotkanie przebiegało bardzo pomyślnie, tyle, że inna już pani mówiła dokładnie to samo co tamta na pierwszym spotkaniu i nawet ulotki dostałam te same. Pomyślałam sobie, że może jest to taka nowatorska forma nauki dla bezrobotnych działająca niczym reklama, czyli poprzez powtarzanie tego samego komunikatu parekroć, w celu jego utrwalenia. Z tropu zbiła mnie obecna pani prowadząca, która nie znajdując mojego nazwiska na liście obecności poszła dopytać się, dlaczego go nie ma, skoro ja tam jestem. W pierwszej chwili to sobie nawet pomyślalam, że może mnie gdzieś przyjęli do pracy i wykreślili z listy bezrobotnych. Ostatnio temat „co robić, jak się znajdzie pracę” omówiony nie został, więc nie wiedziałam jak to działa. Tak się już rozmarzyłam o pracy w Polsce, kiedy uświadomiłam sobie, że przecież nie wysłałam jeszcze ani jednego cv i listu motywacyjnego, wiec niemożliwe aby mnie gdzieś przyjęli. Chociaż, patrząc na na panów z Wydziału Komunikacji, Transportu i Dróg, kto wie? Tymczasem wróciła pani prowadząca, nieco ubawiona. Uświadomiła mi, że przecież odbywam „drugie spotkanie”, a „drugie spotkanie” to już nie spotkanie tylko podpis u pani w pokoju 108. Że też się nie domyśliłam…

Pokój 108 i wykluczenie Anglii z Europy

Przy okienku w pokoju 108 siedziała pani, która dla odmiany w ogóle nie zwróciła na mnie uwagi, tylko kazała mi się podpisać i podać mój pesel. W tym czasie podała mi wskazówki w postaci ulotki na temat stażu gastronomicznego. Nie za bardzo wiedziałam po co mam wziąć udział w stażu gastronomicznym skoro jestem politologiem z wyszktałcenia, ale perspektywa wyjazdu za granicę tamtejszego dnia wydała mi się naprawdę bardzo kusząca. Zapytałam czy te staże odbywają się gdzieś w Europie, ale pani przecząco pokręciła głową i oznajmila, że nie, że w Anglii. Osłupialam. No proszę, wystarczy udać się do PUP-u, aby dowiedzieć się o najnowszej geopolityce świata! A mówią, że media kłamią…Nie ciągnęłam tematu Anglii, choć naprawdę ciekawiło mnie to kiedy i w jaki sposób się z Europy wykluczyli, ale to nie było celem mojego spotkania. Za to pociągnęłam temat mojej pracy, zapytałam grzecznie czy mogę skorzystać raczej z ofert krajowych, gdyż właśnie wróciłam z zagranicy i prawdę powiedziawszy muszę być raczej na miejscu. Moje zainteresowanie lokalnymi ofertami pracy aż zaciekawiły panią z okienka obok, która to wychylając się na krześle zapytała grzecznie skąd wróciłam i czy przypadkiem nie wole jednak wrócić tam skąd wyjechałam, bo tu dokąd przyjechałam z pracą jest bardzo ciężko, a zwłaszcza takim jak ja, czyli osobom po studiach. Troche głupio zrobiło mi się z tymi studiami, więc zaproponowałam, pół żartem, pół serio, że przecież możemy zrobić tak, że wcale się do nich nie przyznam. A jeżeli oferta pracy dla tych „bez studiów” będzie ciekawsza niż dla tych „po studiach”, to ja je sobie nawet anuluje. Przy tych żartach zwróciłam uwagę na pewną rzecz. Byłam tam jedyną tak długo sterczącą osobą. Wszyscy generalnie jak baranki wchodzili do pokoju 108, podpisać się i podać PESEL, po czym wychodzili. I w taki oto sposób odechciało mi się tej syzyfowej pracy przy szukaniu ofert pracy, powiedziałam grzecznie, że skoro nie ma dla mnie narazie ofert w urzędzie pracy (!) postaram się poszukać czegoś w internecie. Na co pani pani trach mach wyłożyła mi dwa kwity do podpisania. Pytam zatem co to jest, a pani, że skoro mi się ich usługi nie podobają to podpisując te kwity mogę z pomocy urzędu zrezygnować. „Pomocy urzędu”? Przecież nie dostałam tam nawet jednej oferty pracy, więc nie dotarłam jeszcze do etapu bycia zadowoloną lub niezadowoloną z ich funkcjonowania. Co ma mi się tam niepodobać lub podobać skoro ja nawet nie wiem co oni tam robią i w jaki sposób pomagają? Za to dowiedziałam się czegoś nowego o geopolityce świata i chyba tylko po to warto było tam pojechać.

Bankowe eldorado?

Prowadziłam swoje polskie konto już jakiś czas, kiedy zorientowałam się, że coś mi tam nie gra. Przy określonej wpłacie bank nie powinien pobrać opłaty za prowadzenie konta, a pobrał, chociaż trzymałam się zasad wytycznych. W banku u tej samej pani u której zakładałam konto, dowiedziałam się, że przecież to jest konto internetowe, więc nie wpłata, lecz przelew internetowy zwalnia mnie z opłaty za jego prowadzenie. Za to wszystkie przelewy internetowe mam za tak zwane „darmo”. Jak za darmo skoro płace za posiadanie konta? Ale nauczona przykrym doświadczeniem w „PUP-ie” nie dyskutowałam. W koncu moja wina, że źle doczytałam instrukcje prowadzenia konta, które zresztą zalożono mi z łaski, bo przecież „nie było to tak pilne”. Wróciłam do domu i ustawiłam sobie przelew zdefiniowany, czyli taki, który automatycznie co miesiąc, o tej samej porze, „przelewał się” na konto mojej koleżanki, która to z kolei ustawiła sobie taki przelew u siebie, aby następnego dnia te same pieniądze przelać z powrotem do mnie. Akcja trochę jak z filmu Tadeusza Chmielewskiego „Nie lubię poniedziałku”, ale działa, bo za konto nie płace.

Życie „made in Polska”

Życie w Polsce jest życiem pełnym paradoksów. Trzeba pchać się jak kierowcy na opisanym wyżej rondzie, nie odzywać w urzędzie niepotrzebnie, a o swoje, tak jak o moje konto w banku upominać i dopraszać. I dalej uważam, tak jak uważałam, że Polska jest pięknym krajem, że Zakopane jest jedyne w swoim rodzaju, że morze mamy malownicze, tylko, że Giewont i Bałtyk do polskiej biurokracji i ludzkiej niekompetencji ma się jak piernik do wiatraka.

A.

Jak-Tu-Nie-Zwariowac

Submit a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *