Jak nie zagramy w Toronto, to nie gramy tych koncertów!

Muniek-4

Na scenie grają od trzydziestu pięciu lat, ale w Kanadzie ich jeszcze nie było. Zespół T. Love z okazji jubileuszu wystąpił w Nowym Jorku i Chicago. W piątek, 28 kwietnia, zagra na scenie w Opera House w Toronto dając koncert, jakiego jeszcze nie było – dosłownie.

Adrianna: Zaczęliście nagrywać, kiedy rządziły płyty winylowe, potem były kasety, następnie płyty kompaktowe. Dzisiaj każdą waszą piosenkę można odsłuchać nawet w smartfonie. Szybko to minęło?

Muniek: Bardzo. Kiedy zaczęliśmy grać to w Polsce był stan wojenny. Po pierwsze był to naprawdę ciężki i specyficzny czas, jeśli chodzi o politykę, po drugie nigdzie nie można było wyjechać. A jednak to wszystko pozwalało tworzyć bardzo ciekawą muzykę. Przez te trzydzieści pięć lat wszystko się zmieniło. Wychowaliśmy się właściwie na śmietniku, a kapel takich jak nasza było na podwórkach wiele. To, że właśnie pochodzę ze śmietnika pozwoliło mi zaistnieć ze swoją własną muzyką, bez pieniędzy, bez promocji – „do it yourself”, a potem „do it properly”. Najpierw zrobiliśmy naszą muzykę po swojemu, a potem uczyliśmy się jak ją zrobić dobrze. Takie czasy. W latach 90 zaistnieliśmy szerzej jako zespół mainstreamowy. Wracając do tych winyli, kaset i płyt kompaktowych, jak zaczynałem to żeby płyta uzyskała status złotej płyty trzeba było sprzedać ich 100 000, potem 50 000, później 35 000, a dzisiaj 15 000 płyt. Będąc w Nowym Jorku na Manhattanie, chodząc po East Village nie spotkałem żadnego sklepu z płytami… Świat się zmienił zdecydowanie szybciej niż powiedzmy od czasów Elvisa do pojawienia się Nirvany. Nie było aż tak dużej przepaści, a dzisiaj ta przepaść jest ogromna i trzeba się z tym pogodzić. Przecież jak sobie pomyślę, że w latach 80 miałbym kogoś na ulicy spotkać z komórką, to był pomyślał, że z kosmosu…

A: Nagraliście jedenaście albumów studyjnych, z których większość uzyskała status złotej płyty. IV Liceum, King, Bóg, Chłopaki nie płaczą, to już kawałki rozpoznawalne przez Polaków nawet tutaj, w Kanadzie. Od samego początku powstania zespołu, z każdej waszej płyty rodzi się choćby jeden wielki przebój. Powiedz, ciężko jest dzisiaj napisać hit?

M: Wiesz, dzisiaj rządzi zasada im głupiej, tym lepiej. W Polsce też bardzo zmieniły się radia. To już są duże korporacje, mają tam jakieś swoje badania i puszczają co puszczają. Dalej oczywiście puszczają nasze stare kawałki, ale generalnie wali kiczem. Myślę jednak, że w końcu musi nadejść kres tej głupoty, że ludzie zwyczajnie się tym przejedzą. My się już w tych stacjach nie formatujemy, ale nie zrozum mnie źle, ja nie mam z tego powodu jakiegoś doła, bo my jesteśmy kapelą, która nigdy się nie naginała. W ogóle byłoby to śmieszne, gdyby wiesz, faceci po czterdziestce udawali jakieś nowe trendy, elektro, albo zaczęli grać jakaś inną muzykę, żeby się przypodobać. To byłaby ściema. Jestem melomanem, słucham innej muzyki, chodzę na koncerty i jestem z generacji, którą cieszy kupowanie winyli. I tak samo, jeśli chodzi o T.Love, to staramy się nagrywać uczciwe płyty o tym, co mamy akurat do powiedzenia.

A: W Ameryce ciągle jednak śpiewa się o seksie i pieniądzach. W Polsce w radiach mainstreamowych już też, ale dalej słyszę piosenki o Bogu, wolności i szczęściu. Dużo jest też oczywiście miłości i ostatnio polityki. Teksty z najnowszego albumu T. Love nawiązują bardzo do tego, co dzieje się w Polsce i Europie. Czy to jest wasza forma społeczno-politycznego protestu?

M: Trochę tak. Nasza poprzednia płyta „Old is Gold”, która wyszła w 2012, była wycieczką właśnie w stronę Ameryki, ale wycieczką w stronę bluesa, country i folku. Przyświecały nam nazwiska jak B.B King, czy Bob Dylan, jeśli chodzi o ogólnie pojęty folk. Johny Cash, jeśli chodzi o country. Żeby się z tym zmierzyć, piosenki dotyczyły głównie wiary, braku Boga, Boga, namiętności, seksu, miłość, tam w ogóle nie było współczesności. Pomimo tego, że nie było singli do stacji mainstreamowych, płyta pokryła się platyna, została ogólnie przyjęta, a ludzie docenili dwupłytowy album. Kiedy przyszedł czas na nową płytę to pomyśleliśmy sobie, jak to zrobić żeby nie mieć kompleksu poprzedniej płyty, żeby nagrać inna i coś znowu przekazać. Bo my w ogóle nagrywamy, kiedy mamy coś do powiedzenia i teraz akurat tak się złożyło, że zaczynając prace nad nowa płytą bardzo dużo działo się dramatycznych rzeczy. Dlatego nową płytę nagraliśmy w cztery miesiące. Jak zaczęliśmy próby to zmarł David Bowie, który był zawsze dla mnie bardzo ważnym artystą. Dla niego jest dedykowany kawałek „Warszawa Gdańska”. W piosence również jest temat niepokoju społecznego, bo oczywiście cały czas były zamachy, Paryż, Bruksela, potem Nicea. Pojawiło się napięcie w Europie, a w Polsce również napięcie polityczne. W Polsce jednak bardziej związane z podziałem społecznym, z tymi pochodami i marszami. Ale wiesz, ja się nie opowiadam za żadną ze stron, tylko po prostu przeleżał mnie ten podział i to pęknięcie w Polsce, gdzie właściwie nie ma ku temu żadnego powodu. Jest chory hejt w internecie, ludzie się dzielą, o polityce przestają rozmawiać, bo nie chcą wchodzić w jakiś konflikt. Widzę to chamienie się mediów, tabloidów, polityki i społeczeństwa. W Ameryce to już jest dawno, takich brukowców klimat. Wiadomo, że najlepiej sprzedaje się sperma, krew, wojna, konflikt i to jest niestety tendencja światowa. Nie ma jakiegoś dramatu w Polsce, ale jest niepokój związany z wojna. Nie wiadomo, jak będzie. W Stanach wygrał Trump, na wschodzie mamy takiego trochę cara, trochę pierwszego sekretarza. Ja zawsze lapie nastrój społeczny, a potem probuje go oddać dalej. Ludzie pytają “Muniek, a będzie wojna, a jak Putin wejdzie na Litwę to co, spierdalamy?” To właśnie chciałem oddać. Wojna się nie opłaca, ona i tak trwa, tylko innego typu. Dlatego chcieliśmy zrobić płytę o sprawach bieżących i podziałach Polaków. Bo Polacy są podzieleni.

A: Uwierz lub nie, ale nas żyjących w Kanadzie Polaków też sporo dzieli… W coraz mniej kwestiach potrafimy się dogadać. Jest natomiast jeden kawałek z waszej nowej płyty, który może połączyć Polonię, bez względu na to, gdzie mieszka. To utwór zatytułowany po prostu — Alkohol.

M: To jest nasz nowy singiel. Super jak by połączył, ale alkohol tutaj jest metaforą tego, co się dzieje, no właśnie tak jak mówisz, nie tylko w Polsce, ale też na emigracji. Każdy pije. Ja znam alkohol i wiem o co chodzi, ale to nie jest żadne ani moralizowanie, ani mówienie, czy to jest dobre, czy złe, tylko to jest opis klimatu. W taki dosyć prosty sposób. Na rocknrollowej muzie, punkowe rzeczy, które T.Love zawsze eksploatował. To energetyczny i koncertowy kawałek. A my żyjemy w kraju Wschodu i Północy gdzie pije ksiądz i pije pies… To piosenka o nas.

A: Zygmunt, “Muniek” Staszczyk. Trzydzieści pięć lat na scenie, jak już wspomnieliśmy wcześniej, sporo się przez ten czas zmieniło. Ale nie Ty. Jakoś nie widzę zmiany wizerunku, śladów po botoksie lub operacjach plastycznych, nie ma Cię też z żoną na okładkach czasopism. Dlaczego?
M: Wiesz co, mam taką jakąś nie wiem, higienę mentalną. Od dawna nie wchodzę w reklamy i to jest celowe. Ale też, po co mi ta psychologiczna porono spowiedź na temat rodziny, dzieci. Nie, no ja się w ogóle nie pcham do tego, bo po co mi to. Do czego mi to jest potrzebne? My jesteśmy jednak kapelą rocknrollową, z podwórka, która wyrosła z punka, jak Clash, Iggy Pop, czy The Rolling Stones.

A: Dla promocji.
M: Nie no trzeba się promować. Czasami udzielam wywiadów oczywiście, ale bez przesady. Cieszę się, że mnie „tam” w shobiznesie za bardzo nie ma, bo nikt za mną nie chodzi z żadną kamerą i nikt mnie nie śledzi. Dzisiaj jest trochę świat próżniactwa, wiesz, od dawna ten zawód celebryty…heh „zawód”…nie robisz nic, a jak to się mówi „money for nothing and chicks for free”. Ja jednak bylem wychowany na kulturze, że trzeba było coś zrobić. Więc mogę ocenić kogoś tylko na podstawie tego ile nagrał płyt, jaką napisał książkę, albo wyreżyserował film, albo nawet czy jest dobrym piekarzem, czy murarzem. Nie mam ciśnienia żeby zaistnieć w jakiejś głupocie internetowej. Jestem muzykiem, a nie bloggerem, jestem absolutnie spełniony, jeśli chodzi o mój zespół. Uważam ze T.Love, nawet jak by się to miało skończyć tą płytą, odniósł sukces artystyczny, przez te trzydzieści pięć lat parę piosenek przez ludzi zostało zapamiętanych.

A: Nowy album nazwany, trochę przewrotnie, bo po prostu T. Love. Zazwyczaj to pierwsze albumy nazywa się tak jak zespoły. Dlaczego tak prosto?
M: Powodów jest parę, nigdy nie nazwaliśmy płyty po prostu„T. Love”, rzeczywiście, z reguły to się łączy z debiutami, ale ja zawsze chciałem nazywać płytę jak zespół. Uwielbiam takie albumy jak „The Velvet Underground” z bananem Warhola, tak oto wyszedł prosty tytuł i nowy projekt okładki T. Love – T.love.
okladka-TLOVE-whiteA: Okładka jest zupełnie inna niż dotychczasowe. Jest bardzo nowoczesna.
M: Z okładką to była bardzo ciekawa historia. Skontaktowałem się z Rosławem Szaybo, który zrobił okładki takim artystom jak The Clash, Elton John, Janis Joplin i wielu innym. Rosław jest w ogóle starszym panem po osiemdziesiątce, w świetnej formie, który kojarzył nasz zespół. Umówiliśmy się na spotkanie, ja wziąłem te nasze wszystkie płyty i okładki, które tak jak mówisz, każda była zupełnie inna. I Rosław patrzy i mówi, „fajnie, fajnie, chłopcy fajnie, ale nie macie logo”. A ja do niego, że na logo to już chyba za późno… A jednak Rosław zrobił nam świetne logo i genialną okładkę.
A: Nigdy nie mieliście okazji być w Kanadzie. Umknęliśmy wam?
M: Nie, nie, ja zawsze chciałem zagrać w Kanadzie, i zawsze mnie to dziwiło, że graliśmy tyle razy w USA, tak blisko Kanady, a jakoś tak nigdy nie było możliwości. Wyrobiliśmy sobie markę w dwóch miastach gdzie grają wszyscy, wmówię o Chicago i Nowym Jorku. Ale teraz się uparłem i powiedziałem, jak nie będzie Kanady to nie gram tych koncertów! Także jestem mega podekscytowany, mamy dwadzieścia pięć piosenek, czyli w sumie wszystkie hity. Nie komplikujemy, zagramy „the best of”, bo to się sprawdza. Ale wiesz co, możesz coś jeszcze dopisać?
A: Słucham
M: Weź napisz, że my już wylądowaliśmy, że już w Kanadzie jesteśmy, bo jeszcze ludzie pomyślą, że to ściema, nie dowierza, przez trzydzieści pięć lat nie przyjechali a teraz nagle są i zagrają…

Adrianna Tomkowiak

 

T.LOVE VIP PARTY IN TORONTO 

SPOTKANIE Z ZESPOŁEM T.LOVE W TORONTO

CZWARTEK 27 KWIETNIA / THURSDAY APRIL 27

PUB ALBATROS – 7 PM

SPOTKANIE BĘDZIE OTWARTE TYLKO DLA POSIADACZY BILETÓW NA KONCERT ORAZ PASÓW VIP KTÓRE MOŻNA KUPIĆ NA GRAMX.COM LUB WYGRAĆ W KONKURSACH W RADIU 7 LUB NA NASZEJ STRONIE FACEBOOKOWEJ www.facebook.com/GRAMXPROMOTIONS

PUB ALBATROS

3057 Lake Shore Blvd W, Etobicoke, ON M8V 1K6

Submit a Comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *